Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Masz Zeit - Polska okiem Niemki Masz Zeit - Polska okiem Niemki Masz Zeit - Polska okiem Niemki

18.06.2015
czwartek

Wątpliwe błogosławieństwo

18 czerwca 2015, czwartek,

Nagle widać brzuch. Nie, nie jest to brzuszysko, nie pojawiło się dlatego, że zjadło się za dużo pierogów. To jest brzuch z dzieckiem – można to zresztą łatwo odgadnąć. Na początku czujesz się tylko gruba i brzydka, bo ubrania już nie pasują. Ale najpóźniej w szóstym miesiącu ciąży wszyscy już rozumieją, co jest grane: tak, to mały współlokator!

Jak dotychczas moje ciążowe doświadczenia w Niemczech i Polsce wydają się dość podobne. Ale zdarzają się czasem po tej stronie Odry rzeczy osobliwe.

Po pierwsze, na ulicach jakoś mało ciężarnych. Studiowałam w Jenie. Stojąc raz w centrum miasta przez pół godziny, naliczyłam co najmniej dziesięć brzuszków – nie mówiąc już o tych kobietach, które jeszcze trudno rozpoznać jako ciężarne. Jena ma wysoki wskaźnik urodzeń – więcej niż dziesięć dzieci na tysiąc mieszkańców, znacznie powyżej średniej kraju (2014: 8,4).

Mimo to mam tutaj, w Warszawie, szczególne poczucie, że jestem egzotyczna. Oczywiście mogę się mylić. Mieszkam na Śródmieściu, dzielnicy nie dość dobrze dostosowanej do zapotrzebowań rodzin z małymi dziećmi. Niewiele placów zabaw i przedszkoli. Rodziny bawią się outdoor na zielonych dziedzińcach. Tymczasem w Jenie codziennie po południu (o 16) – wędrówka ludów. Rodzice odbierają dzieci z przedszkoli.

Wskaźnik urodzeń w Warszawie wynosi teraz ok. 11,3 na tysiąc mieszkańców. W całym kraju – 9,7 (dane z 2014 r.).

W polskiej stolicy mamy zatem ponoć babyboom – rekord pobito już jednak w 2010 r. (11,6 dzieci na tysiąc ludzi). Najważniejsze jest uczucie, które taki utrzymujący się trend wywołuje: znajoma, która ma urodzić latem, zapisała się na poród w dwóch różnych szpitalach – ze strachu, że już nie będzie dla niej miejsca.

Ale cały ten babyboom nie wpłynął na sposób traktowania kobiet w ciąży. Mówi się tutaj o „stanie błogosławionym”. A ponieważ błogosławieństwo jest tak szczególne, z ciężarnymi obchodzi się jak z surowym jajkiem – żeby błogosławieństwa nie uszkodzić.

Zdecydowałam się zatem na jogę, coś zdrowego dla ciała. Najpierw szukałam „jogi dla kobiet w ciąży”, bo ta wydaje się najwłaściwsza, prawda? Szybko się okazało, że to jednak niemożliwe. Po pierwsze, w Warszawie w zasadzie nie ma szkół jogi, które oferują kursy dedykowane kobietom w ciąży. Po drugie, te rzadkie kursy, które są w programie, odbywają się w szalonych godzinach: o 11 rano, o 15.30. Wszystkie kobiety pracujące mają więc problem. Taki dokładnie, że nikomu nie przychodzi do głowy, że kobieta w ciąży może zechcieć pracować.

Ma to na pewno związek z tym „stanem błogosławionym”. Ciężarne zwykle – jeśli to możliwe – wycofują się z życia publicznego. Dogadzają sobie w domu. Jedzą, co chcą. Nie stresują się pracą. Na przykład moja znajoma, o której była już mowa, pracowała w dziale marketingu pewnego dużego banku. Pracę przerwała dobre cztery miesiące przed wyliczonym terminem porodu. Od tego czasu rozkoszuje się życiem, czyta książki o niemowlętach, spotyka z koleżankami przy kawie, planuje amerykańskie imprezy typu „baby shower”. Nie pędzi przepełnionym metrem do pracy na ósmą rano. Nie prowadzi dyskusji z kolegami o jakiejś minionej prezentacji. Konferencje odbywają się bez niej. Czyli: ciąża jako pożądana przerwa od prawdziwego życia?

Mój fizjoterapeuta w Warszawie mówi: to w Polsce normalne. Wielu ginekologów – tłumaczy – przepisuje kobietom zwolnienie lekarskie długo przed terminem porodu – pod warunkiem, że pacjentki ciągle otrzymują pensję. Dlaczego? Bo komplikacji i ryzyka w czasie ciąży nie sposób wykluczyć. – Kto to może przewidzieć? – zastanawia się Michał. – Pracodawcy nie chcieliby brać za to odpowiedzialności.

Dlatego kobiety w tym szczególnym stanie nie są w swoich firmach mile widziane – mówi mi Michał. Jasne, w Niemczech kobiety w wieku 25-35 lat mają podobne problemy, gdy szukają stałego zatrudnienia. Zastrzeżenia są te same. Ale w praktyce między Kolonią, Kilonią i Konstancją kobiety nie urlopują na kilka miesięcy przed porodem.

Może to i ładny model. Ale skutek jest taki, że całe społeczeństwo odzwyczaja się od ciężarnych. Stają się w pewnym momencie bardzo egzotyczne i tak rzadko się je spotyka, że trzeba je dopieszczać. Polski wskaźnik urodzeń pozostawia wiele do życzenia, zwłaszcza w porównaniu z europejską normą. Kobiety oczekujące dzieci traktuje się bardzo delikatnie. Słyszą często: „Jak się czujesz…?”. Pytania wypowiadane tym specjalnym, niższym tonem. „Oj, oj, masakra to wszystko…”. Przestraszonymi spojrzeniami zrywają się z miejsca dwudziestolatki w tramwajach i mamroczą: „Och przepraszam, nie zauważyłem…”.

Można powiedzieć, że kobiety w ciąży są traktowane tak, jakby były chore. Czy „stan błogosławiony” oznacza automatycznie, że trzeba tylko leżeć z nogami wyciągniętymi do góry? Lekarze, którzy przepisują kilkumiesięczne – często niepotrzebne – zwolnienia, wspierają tę perspektywę. I sprawiają, że ludzie faktycznie zapominają o tym, co istotne – że dziecko rośnie samo. Rozpieszczanie kobiet sprawia, że całe to „błogosławieństwo”, cały ten cud narodzin urasta do absurdu. Tymczasem dziecko wszystkie składniki odżywcze otrzymuje od matki. Pozostaje w brzuchu pod ochroną, rozwija się z każdym tygodniem. Moje właśnie otwiera oczy po raz pierwszy. Dotyka nosa rękami i ćwiczy (sport uprawia?).

Co robią ci, którzy uczynili z ciąży pewien rodzaj sakramentu (czyli Kościół)? Nie wyprowadzają ludzi z błędu. Polski episkopat nie tłumaczy, że ciąża i poród są bardzo naturalne. Koncentruje się na aspektach drugorzędnych – jak „in vitro”, ta straszna metoda, tak nienaturalna… Co tu dodać? Pary, które decydują się na sztuczne zapłodnienie, chciałyby mieć dzieci i nie znajdują lepszego sposobu. Po prostu, naturalnie.

Jeśli znajdzie się w Polsce zrozumienie dla in vitro, wtedy będzie można mówić o błogosławieństwie.

*

Ein zweifelhafter Segen

Plötzlich hat man also einen sichtbaren Bauch. Nein, keinen Fettwanst, weil man zuviel Pierogi gegessen hätte. Sondern einen Babybauch, der auch als solcher zu erkennen ist. Zuerst hat man sich nur dick und hässlich gefühlt, weil die Klamotten nicht mehr passen. Spätestens im sechsten Monat aber können die Mitmenschen den gewachsenen Bauch richtig zuordnen: Ja, es ist ein menschlicher Mitbewohner!

So weit, so ähnlich die Erfahrung in Deutschland wie in Polen.

Und nun passieren eigenartige Dinge diesseits der Oder:

Zunächst mal sieht man wenig schwangere Frauen auf der Straße. In Jena, wo ich studiert habe, stellt man sich einmal in die Fußgängerzone und zählt in 30 Minuten mindestens zehn Babybäuche. Von denen, die man noch nicht erkennen kann, ganz zu schweigen. Zugegeben, Jena hat eine hohe Geburtenrate. Mit über zehn Kindern pro 1000 Einwohner liegt sie deutlich über dem Bundesdurchschnitt (2014: 8,4). Trotzdem habe ich hier in Warschau besonders das Gefühl, ein Exot zu sein. Vielleicht, weil ich im Zentrum wohne und die dortigen Viertel es bisher nicht geschafft haben, sich familienfreundlich zu gestalten. Es gibt wenig Spielplätze und wenig Kitas. Das Familien-Outdoor-Leben ereignet sich höchstens auf den begrünten Innenhöfen der Häuserblocks. In Jena spielt sich dagegen jeden Nachmittag um 16 Uhr eine Völkerwanderung durch die Stadt ab, wenn die Eltern ihre Kinder von der Tagesbetreuung abholen.

Im vergangenen Jahr kamen in Warschau 11,3 Kinder pro 1000 Einwohner zur Welt, das sind 1,6 mehr als im polnischen Landesdurchschnitt.

Angeblich verzeichnet die Hauptstadt damit einen Babyboom, obwohl die Zahl 2010 mit 11,6 Kindern pro 1000 Einwohnern schon mal höher lag. Das wichtigste ist aber das Gefühl, das dieser anhaltende Geburtentrend auslöst: Eine Freundin, die im Sommer ihr erstes Kind bekommt, hat sich gleich in zwei Krankenhäusern für die Entbindung angemeldet – aus Angst, keinen Platz zu bekommen.

Wie die Gesellschaft mit schwangeren Frauen umgeht, das hat dieser Boom allerdings noch nicht verändert. Man spricht hier, das habe ich gelernt, von „gesegneten Umständen“. Und weil ein Segen so etwas Besonderes ist, wird man von vorne bis hinten in Watte gepackt – auf dass der Segen nicht kaputt gehe.

Ich beschloss, meinem Körper etwas Gutes zu tun, und ging mal zum Yoga. Eigentlich hatte ich den Vorsatz, zum „Yoga für Schwangere“ zu gehen. Dafür trägt der Kurs ja den Titel, damit Leute wie ich da hingehen. Es stellte sich aber schnell heraus, dass das nicht möglich ist. Erstens gibt es in Warschau fast keine Yogaschulen, die Schwangeren-Kurse anbieten. Zweitens finden diese wenigen Kurse zu den verrücktesten Zeiten statt: Morgens um 11, nachmittags um 15.30. Wer einen Job hat, steht doof da. Und genau das ist offenbar nicht vorgesehen während der Schwangerschaft – arbeiten.

Das muss mit den „gesegneten Umständen“ zu tun haben: Schwangere Frauen ziehen sich, wenn es möglich ist, aus der Öffentlichkeit zurück. Lassen es sich zuhause gut gehen. Essen, was sie möchten. Machen sich keinen Stress mehr mit der Arbeit. Etwa meine Freundin, die ich schon erwähnt habe: Sie werkelte im Marketing einer großen Bank. Gut vier Monate vor dem errechneten Geburtstermin hörte sie damit auf. Sie genießt seither das Leben, liest Bücher über Babys, trifft Freundinnen zum Kaffee, veranstaltet Babypartys. Sie hetzt nicht morgens um acht in der verstopften Metro zur Arbeit, sie diskutiert nicht mit ihren Kollegen in der Kantine über die letzte Präsentation, die Konferenzen finden ohne sie statt. Schwangerschaft als willkommene Pause vom echten Leben?

Mein Warschauer Physiotherapeut sagt: Das ist normal in Polen. Viele Gynäkologen würden werdende Mütter bei Fortzahlung des Gehaltes von der Arbeit freistellen, lange vor der Entbindung – wegen möglicher Risiken und Komplikationen. „Wer kann denn etwas dagegen sagen?“, fragt Michał. Und: „Natürlich haben die Arbeitgeber keine Lust darauf.“ Deswegen seien Frauen in diesem bestimmten Alter bei den Unternehmen nicht gern gesehen. Auch in Deutschland haben Frauen zwischen 25 und 35 es schwer, einen festen Job zu finden. Die Vorbehalte sind dieselben. Aber: Die Praxis, schon Monate vorher in bezahlten Mutterurlaub zu gehen, gibt es zwischen Köln, Kiel und Konstanz nicht.

Das mag auch eine Zeitlang ganz schön sein. Was es aber mit sich bringt: Die Gesellschaft entwöhnt sich immer mehr von schwangeren Frauen – sie sind auf einmal etwas ganz Exotisches. Etwas, das man wegen seiner Seltenheit hegen und pflegen muss. Schließlich lässt die polnische Geburtenrate – genau wie die deutsche – im europäischen Vergleich zu wünschen übrig, also behandelt man die Kinder-Erwarterinnen mit besonderer Vorsicht. Ständige Nachfragen „Wie fühlst du dich denn?“ mit dem Unterton „Oh je, das alles…“ gehören dazu, genau wie erschreckte Blicke von 20-Jährigen in der Straßenbahn, die aufspringen und mir ihren Sitzplatz anbieten und dazu etwas murmeln wie „Oh Entschuldigung, gar nicht gesehen…“

Man könnte auch sagen: Werdende Mamas werden behandelt, als hätten sie eine Krankheit. „Gesegnete Umstände“, heißt das automatisch „Füße hoch“? Die Ärzte, die monatelange – meist unnötige – Freistellungen unterschreiben, unterstützen diese Perspektive. Damit helfen sie, dass die Menschen etwas Wesentliches vergessen: Das Baby wächst von alleine. Und der Segen des „Wunders Baby“ wird durch all das Verhätscheln ad absurdum geführt. Das Kind holt sich alle Nährstoffe, die es braucht, vom Organismus seiner Mutter. Es ist im Bauch geschützt, jede Woche entwickelt es sich weiter. Meins öffnet diese Woche zum ersten Mal die Augen, es greift mit der Hand an die Nase und turnt in der Fruchtblase herum.

Und die, auf deren sakralen Fundament die „gesegneten Umstände“ beruhen, machen nichts gegen die Irreführung der Menschen. Statt zu betonen, dass Schwangerschaft und Geburt etwas Natürliches sind, stürzt sich die katholische Kirche auf Randaspekte wie „in vitro“, ganz schrecklich, ganz unnatürlich. Was soll ich dazu sagen? Paare, die sich zur künstlichen Befruchtung entschließen, sind meistens Menschen, die sich Kinder wünschen und es nicht anders schaffen. Ganz einfach, ganz natürlich. Wenn man das endlich mal akzeptiert, spürt man auch den Segen des Babykriegens wieder.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 17

Dodaj komentarz »
  1. Super artykuł. W bardziej zaawansowanych krajach pod względem medycyny i badań naukowych, od dawna wiadomo, że jeśli ciąża przebiega prawidłowo to ruch, sport i zdrowa dieta są najważniejsze dla rozwoju dziecka nienarodzonego. Tak jak autorka pisze – ciąża to nie choroba, a w Polsce właśnie tak jest traktowana. Pytanie tylko czy i kiedykolwiek myślenie społeczne na temat się zmieni?

  2. Świetny tekst!

  3. Ale to inteligentni lekarze wystawiają zwolnienia . Sytuacja ta ,niewiele ma wspólnego ,ze społecznym myśleniem.Kobiety korzystają po prostu z możliwości ,jakie daje podejście fachowego medycznego personelu ,który szczyci się wysokimi standardami etycznymi .

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Jezeli autorka bloga pragnie przez analize kultury polskiej inaczej spojrzec na Niemcy, jak to w opisie bloga wyznaje, to moze powinna tez troche badziej krytycznie podejsc do kultury Niemiec. Dokladniej chodzi mi o fetysz pracy, ktory w Niemczech panuje. Najlepiej zaorac sie na smierc, byleby nie narazic sie na komentarz, ze ma sie za duzo wypoczynku. Do ostatniego dnia ciazy pracowac i najlepiej tuz po porodzie zaczac znowu prace – takie podejscie rowniez nie jest zbyt zdrowe. Autorce i innym niemieckojezycznym polecam lekture „Und, was machst du so? – Fröhliche Streitschrift gegen den Arbeitsfetisch” Autor- Patrik Spät. Uwazam, ze w zyciu sa rzeczy duzo wazniejsze niz praca.

  6. Absolut: masz rację co do lekarzy, ale myślenie społecznie też tu gra rolę, bo lekarze są częścią społeczeństwa, w którym żyją. W tym przypadku to jak się kobiety w ciąży traktuje w Polsce wpływa na decyzje lekarzy.

    Lune: zgadzam się jak najbardziej – praca to nie wszystko, ale tak jak chyba wynika z Twojego komentarza, work-life balance jest dla ogółu społeczeństwa ważny i potrzebny. To nie znaczy, że dla ciężarnej dotychczasowy styl życia się musi zmienić do tego stopnia, że przechodzi na L4 i przestaje pracować. W niektórych przypadkach jest to niekorzystne dla kobiety na dłuższą metę.

    Myślę jednak, że sedno sprawy tkwi w kolektywnej naturze Polaków, która przynajmniej w moim rozumieniu, dość różni się od bardziej indywidualnego bycia innych narodów (wcześniej wspomniane myślenie społeczne jest tego efektem, w sprawę kościoła nawet nie wnikam). Na całym świecie ludzie chcą tego co najlepsze dla swoich dzieci, ale kultura czy natura społeczeństwa dyktuje jak to dobro ma wyglądać. A to zaczyna się już w łonie matki. Dla kobiety ciężarnej w Polsce i jej otoczenia dobro dziecka przejawia się w chuchaniu i dmuchaniu na ciężarną. W innych krajach może być to widziane jako nadopiekuńczość, nadwrażliwość lub (i z takim zdaniem się już spotkałam, bo sama przez to przechodziłam) paranoja społeczna. Z drugiej strony, Polacy mogą to samo powiedzieć o np. Brytyjkach, które często nie tylko są aktywne sportowo w czasie ciąży, pracują do czasu rozwiązania i malują pokój dziecka, ale także po kilku godzinach po urodzeniu są już wypuszczane ze szpitala (oczywiście w przypadku jak wszystko przebiega książkowo).

    Być może warto by było odnieść artykuły porównujące ze sobą dwie kultury do zwyczajów i norm kulturowych? Autorka pisze z punktu widzenia Niemki i jest to po prostu tyle – jeden punkt widzenia. Jednak autorzy powinni pójść o krok dalej: mianowicie odnieść swój punkt widzenia do punktu widzenia innych i szukania powodów rozbieżności i różnic. Wiedza i zrozumienie innych prowadzi do bardziej sensownych artykułów i głębszych dyskusji.

  7. „Pary, które decydują się na sztuczne zapłodnienie, chciałyby mieć dzieci i nie znajdują lepszego sposobu. Po prostu, naturalnie.”
    Proszę pokazać mi odpowiednik metody in vitro w naturze. Chomiki ją stosują? Owczarki niemieckie?
    Zabrakło dzieci w domach dziecka? Nie sądzi autorka, że w świecie zwierząt dałoby się znaleźć przykłady adopcji? Nawet międzygatunkowej?

    Temat „Kościół a sprawy reprodukcyjne” to temat sam w sobie.

    Warszawiacy dobrze teraz traktują kobiety w ciąży?
    Tylko się cieszyć. Zbyt dobrze pamiętam jak ludzie traktowali moją żonę w stanie wojennym i przez całą dekadę lat osiemdziesiątych. Była ona w tych latach praktycznie cały czas w ciąży a otoczenie atakowało ją z wściekłością podejrzewając, iż zrobiła sobie brzuch aby dostać większe przydziały na kartkowe towary oraz aby móc je kupować bez kolejki. Oraz aby „nie pracować” i siedzieć w domu na urlopie wychowawczym.
    Młodzi ustępują ciężarówkom miejsca w tramwaju? Tylko się cieszyć, dobrze wychowani.

  8. Każdy (za wyjątkiem środowisk mediów i polityków zaprzyjaźnionych z panem reżyserem) wie, że mała dzietność Polek wynika z braku w Polsce choćby w miarę dobrze płatnej pracy. W USA kobiety mają zerowe przywileje, opieka medyczna jest bardzo droga, prawa pracownicze w porównaniu z polskimi są szczątkowe. A przyrost naturalny o wiele wyższy. Bo każdy, kto chce pracować tę pracę znajdzie i się z niej utrzyma.

  9. Zgadzam sie w 100% ciaza to nie choroba a tylko krotki stan przejsciowy – ktory jest wyjatkowy dla samej kobiety ciezarnej i jej partnera ale nie dla calego swiata!!! Jestem Polka mieszkajaca w Niemczech (obecnie w 7 miesiacu ciazy :-)). Przed zajsciem w ciaze, wyobrazalam sobie ten „stan blogoslawiony” jako bardzo wyczerpujace przezycie, z wieloma ograniczeniami i negatywnymi skutkami ubocznymi (zle samopoczucie, wyczerpanie, problemy z nadwaga po porodzie, ograniczonymi kontaktami socjalnymi po narodzinach dziecka). Jak na razie nic z tego sie nie sprawdzilo !!!! W Niemczech zaleca sie kobietom aktywny tryb zycia (sport: plywanie, jogging, walking, rower – nawet chodzenie po gorach tylko z ograniczeniem do 2.500m), jedzenie za „jednego” a nie „dwoch” (max. 250 kcal wiecej i to tylko w trzecim trymestrze), korzystania z zycia (poki jeszcze sie jest we dwojke). Zwolnienia lekarskie wydaje sie tylko gdy sa to tego wazne przyczyny (tak podchodza do tego zarowno lekarze jak i same kobiety). Kobiety (zwlaszcze te z atrakcyjna praca) pragna ze wzgledow zawodowych i dla dlaszego pomyslnego rozwoju kariery jak najdluzej byc na biezaca w pracy i utrzymywac dobre kontakty w firmie – to znacznie ulatwie powrot na dawne stanowisko po narodzinach dziecka!!!. A tego oczekuje kazda z nas, czyz nie???? Nie czynmy wiec z nas samych „porcelanowych laleczek”, jesli z drugiej strony oczekujemy od naszych przyjacioj, kolegow i pracodawcow, by traktowali nas po narodzinach dziecka „normalnie”.

  10. Myślę że „szczególna opieka” ze zwolnieniami lekarskimi włącznie nie wynika z natury Polaków a raczej ze zmiany obyczajów, pobłogosławionych przez kościół katolicki. Kobieta ma być przede wszystkim matką („jak ciastka musisz rodzić dzieci”) i najlepiej aby powiła naturalnie, w domu przy wiadrach pełnych wody wrzącej*. I naturalne poczęcie, a nie jakieś tam in vitra.
    Z własnego doświadczenia wiem że powojenne roczniki kobiet pracowały nieomal do dnia porodu a jesli ktoś chciał sobie odetchąć, mógł tydzień wczesniej wziąć urlop macierzyński, ale to już na własny rachunek. Nie przypominam sobie aby którakolwiek z moich rówieśnic miała z tego tytułu (pracy) jakieś poważne komplikacje, chyba że chodziło o zagrożenie ciąży, ale w tym przypadku pobyt w szpitalu był nieodzowny. Śmiem twierdzić że poza powikłaniami ciąży, praca i ruch w tym stanie są jak najbardziej wskazane, chociaż przestrzegały babki i ciotki – „żebyś tam czasem firan i zasłon nie wieszała!”
    I to ostrzeżenie kieruję do autorki artykułu wraz z gratulacjami i życzeniami pomyślnego rozwiązania i przeżycia tej pierwszej chwili zachwytu po ujrzeniu niemowlęcia.

    *nie wiem o co dokładnie chodzi, ale zawsze gdy w amerykańskich filmach wołano o wrzątek, wiadomo było że za drzwami ma miejce poród

  11. Tytuł artykułu bardzo trafiony, jego treść niestety już nieco mniej…
    Owszem, ciąża to nie choroba. Sama jestem w 8-ym m-cu ciąży, do niedawna byłam całkowicie aktywna zawodowo, regularnie ćwiczę i bynajmniej nie leżakuję (mieszkam na wsi, codzienne obowiązki mi na to nie pozwalają).
    Nie oczekuję specjalnego traktowania, cały czas jestem sprawna i samodzielna, ale… No właśnie ALE.
    Coraz częściej spotykam się z przejawami braku kultury, braku empatii, a nawet z chamstwem.
    Uważam, że jednym z przejawów cywilizacji w danym państwie jest np. przepuszczanie kobiet w zaawansowanej ciąży w kolejkach czy ustępowanie im miejsca w środkach lokomocji.
    Dziś byłam oddać krew do badania, kolejka około 30 osób, gorąco, duszno, brak klimatyzacji, wody… co mówi pani w okienku? „pobrać numerek i czekać na swoją kolej”. Pytam czy kobiety w zaawansowanej ciąży też obowiązuje kilkugodzinna kolejka w takich warunkach – pani odpowiedziała, że ciężarnych nie ma „na liście” wydanej przez dyrekcję szpitala. Są tam honorowi dawcy krwi i kombatanci (nawet z czasów Solidarności), którzy „przysłużyli się” dla kraju… No tak… My rodząc dzieci się dla kraju „nie przysłużamy” 😉
    Nie była to pierwsza sytuacja tego typu, której doświadczyłam, ale ta przelała czarę goryczy…
    Z tego co pamiętam jeszcze 20-30 lat temu kobietom w ciąży przysługiwały takie „przywileje”… Nie chodzi mi tu o traktowanie jak „porcelanowej laleczki”, a po prostu – o zwykłą ludzką empatię w określonych sytuacjach. Czy w ten sposób państwo chce „zachęcać” kobiety do rodzenia dzieci? Traktując je niemalże jak chodzące inkubatory…?

  12. zza kałuży: “Pary, które decydują się na sztuczne zapłodnienie, chciałyby mieć dzieci i nie znajdują lepszego sposobu. Po prostu, naturalnie.”
    Proszę pokazać mi odpowiednik metody in vitro w naturze. Chomiki ją stosują? Owczarki niemieckie?
    Zabrakło dzieci w domach dziecka? Nie sądzi autorka, że w świecie zwierząt dałoby się znaleźć przykłady adopcji? Nawet międzygatunkowej? ”

    „Naturalnie” odnosi się do pragnienia posiadania własnego dziecka, a nie metody jego uzyskania! Czytać ze zrozumieniem, a potem komentować! To jest dość naturalne, że chcemy mieć własne dziecko z naszymi genami, podobnie jak inne gatunki.

  13. @wari 19 czerwca o godz. 2:10
    „To jest dość naturalne, że chcemy mieć własne dziecko z naszymi genami, podobnie jak inne gatunki.”
    To jest naturalne o tyle, o ile naturalny jest rasizm czy jego spadkobiercy nazizm i syjonizm.

    „Czytać ze zrozumieniem, a potem komentować!”
    Takim jak ty @wari ktoś jeszcze musi wskazać właściwe lektury. Swoim komentarzem obnażyłeś/łaś bezowocność twojej dotychczasowej edukacji.

  14. Samo napisanie „podobnie jak inne gatunki” jest najlepszym autodafe twojej ignorancji. Zwierzęta wiedzą, że mają geny. Mało tego że wiedzą to jeszcze „chcą mieć dziecko z ich genami”. Trzeba było do szkoły chodzić a nie pomagać na gospodarstwie. No ale to już pretensje do twoich rodziców.

  15. Co do ruchu, sportu i jogi to się zgadzam, że nalezy to stosowac ale co do ustępowania miejsca w kolejce lub w tramwaju ciężarnej to tu dzielą nas światy pomiedzy siermieżną, nieuprzejma niemiecka kultura a polska kulturą uprzejmosci. Polacy byli zapatrzeni w kulturę francuskę i kulturę panujacą w Wiedniu, gdzie do tej pory mowi sie „całuje rączki” i nikt nie jest taktowany jako „zapluty karzeł reakcji drobnomieszczańskiej” tylko poprostu tak się mówi, to odrobina uprzejmości nawet czasami z przymrużeniem oka. Wszyscy Polacy przebywający w Niemczech dziwią się od dziesiątek lat, że starszej osobie lub własnie ciężarnej nikt w Niemczech miejsca nie ustąpi a wręcz jeszcze ją szturchnie, bo jest słabsza być może. Nikt nie przytrzyma drzwi itd.
    Niemcy nie posiadają wyobrażni, w związku z tym nie potrafią pojąć złożoności świata i jej niuansów. Nie spoczną doputy sobie świata nie poszufladkują. I tak sadzę, iż ktoś w żarcie powiedział do autorki „stan błogosławiony” a w oczach autorki ukazało się katolickie, bogobojne, bo jakże, brzuszysko opchane pierogami i w ciąży. Jeśli się jednak weżmie pod uwage język niemiecki to w kulturze niemieckiej też istnieje takie pojęcie jak „stan odmienny” (in anderen Umstaenden) wskazujący na to, iż daną osobę należy traktować odpowiednio do sytuacji.
    Co do nieprzystosowanego do posiadania dzieci śródmieścia, nie wiem o jakim śródmieściu jest mowa, gdyż dzisiaj Mokotów i Ochota sa przedstawiane jako środmieście, to pragnę zauwazyć i w śródmieściu City są parki, parki te jednak owiane sa majestatem historii (Ogród Saski, lub Łazienki czy Ogród Botaniczny) a to z koleji dla Niemca nieznajacego z zasady historii jest już mentalnie skomplikowane i zamyka sie w szufladce „szowinizm”. Sa jeszcze plaże nad Wisłą, na których Warszawiacy się bawią, jednak jak lud się bawi „konsumpcyjnie” korzystając z rozwoju miasta to też podejżane, jako że lud powinien siedzieć nad przynisioną w tobołku sałatka kartoflaną z dużą ilością majonezu i pogrążać się w „Weltschmerz” a nie cieszyć i bawić. Do życia z dziećmi dobre są w Warszawie np. Kabaty, gdzie żyje dużo młodych ludzi w nowoczesnej infrastrukturze.

  16. dodam jeszcze komentarze kobiet Polek żyjących w Niemczech i traktowaniu ich w czasie ciąży. Autorka zdajsie korzysta z uprzejmości kogoś z Polityki, który ją promuje…
    Tu wspomniane komentarze:
    „Hmm mnie ròwnież wygonili z pracy i to juz w 2 miesiącu ciąży tutaj w niemczech. Uważam w pl to za miły objaw że kobieta w ciąży jest traktowana z troską. Tutaj w de mogłabyś omdleć na ulicy i nie wiem czy ktoś by ruszył z pomocą.”
    15 Std. · Gefällt mir
    ” Pracowałam tutaj w Berlinie do siódmego miesiąca ciąży, kiedy to się umowa skończyła. Za biurkiem nie jest to jakiś wielki wyczyn, chociaż autorka tekstu zapomina o takich błahostkach, jak np. okropne nudności czy senność, z którą ciężko wygrać. Niemiecki pracodawca może od tak sobie przerwać współpracę z ciężarną, jeśli jej się umowa skończyła. W Polsce musi jej przedłużyć umowę do samego porodu. I taka dziwna sytuacja, jak poszłam tutaj do urzędu pracy i mówię: jestem w siódmym miesiącu ciąży, jak widać, co mam zrobić? Nic. Jeśli nie jesteśmy bardzo biedni, a ja nie przepracowałam całego roku, to nic się nie da zrobić. Wakacje, w czasie których nie możesz zarabiać pieniędzy, więc ot tak tracisz miesięczny przychód, ale skoro głodem nie przymierasz, to się ciesz. Niby nic takiego, ale psychiczny dyskomfort. Fakt, że miesiąc później się dziecko obróciło i choćbym chciała, to już nie mogłam pracować (siedzenie bardzo bolało, stanie nie lepiej).

  17. Interesuje mnie jakie piętno odcisnęła instytucja Lebensborn na powojennych pokoleniach Niemców. Czy trauma z tym związana wpłynęła na postrzeganie macierzyństwa przez powojenne i współczesne pokolenia niemieckich kobiet? Niewiele jest artykułów na ten temat w opracowaniach anglosaskich.
    Kolejne nurtujące zagadnienie, dlaczego osoby bezdzietne są w Niemczech dyskriminowane przez państwo, w dodatku pod względem wieku (po przekroczeniu 35 roku życia), i obciążone wyższymi podatkami? Czy ten proceder to konsekwencja tamtego wspomnianego powyżej? Według ekspertów rodzicielstwo jako powinność wobec państwa wpisują się w tę samą ideologię (Patrz np. ostatnia książka Prof. Overall – http://philosophicaldisquisitions.blogspot.fr/2015/04/the-ethics-of-having-children.html). To interesujące tematy o których warto dowiedzieć się więcej od Niemców. Znamy doskonale rodzime “błogosławieństwa”, rozumiemy ich społeczne uwarunkowania i przyczyny historyczne. Chętnie poczytamy o tych sąsiedzkich w kolejnych felietonach.